Aktualności

Janusz Kusociński – polski Nurmi

Kiedy w 1928 roku na IO w Amsterdamie Jadwiga Wajsówna jako jedyna zdobyła złoty medal dla polskiej reprezentacji, Janusz Kusociński powiedział: – Ambicja moja męska została w najwyższym stopniu podrażniona. Przysięgłem sobie, że muszę Jej dorównać. Nie będziemy się wlekli w ogonie wyników sławnej płci pięknej. Cztery lata potem stanął na najwyższym stopniu podium. Janusz Kusociński jest pierwszym w historii polskiego olimpizmu biegaczem długodystansowym, który zdobył medal na Igrzyskach Olimpijskich. W 1932 roku, w Los Angeles w biegu na 10 000 metrów wygrał złoty medal. Na zdjęciach z Los Angeles jak i na innych fotografiach rzadko kiedy się uśmiecha. Jeśli już to uśmiech jest nieśmiały, raczej wymuszony. Dużo częściej ma minę srogą. Spogląda spod gęstych brwi w obiektyw. Ostrości jego twarzy dodaje charakterystyczny orli nos i wydatna szczęka. Może kiedy robiono to zdjęcie trawiła go myśl o tym, że jego zwycięstwo jest niepełne, nie takie jak sobie wymarzył? Zdobył złoty medal, ale nie pokonał swojego największego rywala i mistrza, Paavo Nurmiego. Tuż przed biegiem Fin został zdyskwalifikowany za złamanie zasad amatorstwa. Choć Kusociński będzie biegał szybciej niż Nurmi i zwyciężał z jego rodakami, to już nigdy nie zmierzy się w bezpośredniej walce i nie wygra z „Latającym Finem”. A udało się to przecież jego śmiertelnemu wrogowi Stanisławowi Petkiewiczowi… Biegacz z przypadku Zacznijmy jednak od początku. Bez wątpienia największy i najbardziej utytułowany polski biegacz II Rzeczpospolitej mógł biegaczem nie zostać. Jego zasadniczy ojciec, Klemens Kusociński sportu nie poważał. Chciał mu dać jak najlepsze wykształcenie. Krnąbrny syn jednak uczyć się nie chciał. „Skoro tak lubisz wieś i świeże powietrze, to zrobimy z ciebie ogrodnika” – stwierdził i posłał młodego Janusza do Państwowej Średniej Szkoły Ogrodniczej. Matka przyszłego mistrza mawiała o sportowej pasji syna: „I co ci z tego, zdrowie stracisz, nerwy poharatasz i tyle”. Przy tak niechętnie nastawionej rodzinie trudno było spodziewać się, że Kusociński kiedyś sięgnie po najwyższe laury sportowe. Dlatego pasję sportową początkowo rozwijał w tajemnicy przed wszystkimi. Rano wyjeżdżał z Ołtarzewa, gdzie mieszkał, szedł na zajęcia szkolne, a potem grał w piłkę nożną. Tak trafił do Robotniczego Towarzystwa Sportowego „Sarmatia”. Gdyby nie przypadek, pewnie nigdy nie zająłby się bieganiem. W pierwszym oficjalnym biegu wystartował w 1926 roku, w sztafecie. Pobiegł, bo potrzebne było zastępstwo. A jak już się za coś wziął, chciał być najlepszy. Dlatego przenisół sie do Warszawianki. W Sarmatii nie miał dostępu do masażu. W Warszawiance, gdzie trenowały ówczesne słąwy polskiego sportu czekał na niego zabiegi odnowy na modłę fińską – masaże, łaźnia. W latach 20-tych cały świat naśladował Finów. Sportowcy, szczególnie biegacze, z krainy Tysiąca Jezior byli najlepsi na świecie. Cały świat zachwycał sie Paavo Nurmim, małomównym Finem, który na paryskich igrzyskach w 1924 roku zdobył 5 złotych medali. Wygrał każdą konkurencję, w której wystartował. Na Fina z podziwem patrzył również Kusociński. Nurmi był najpierw jego mistrzem, a potem rywalem, z którym pragnął wygrać najbardziej. Następca Freyera W 1928 roku „Kusy” trenował już w grupie drugiej rezerwy olimpijskiej. Prowadził go Aleksander Klumberg-Kolmpere, estoński dziesięciobiosta zakontraktowany w Polsce przez PZLA. Zauważył w Januszku, jak go nazywał, ogromny talent i aplikował mu bardzo ciężki trening. Kusociński mimo że na igrzyska się nie zakwalifikował, to zdołał pobić kilka rekordów Polski, w tym rekord na 5000 metrów. Dwa tygodnie po tym, jak zapisał się w tabeli rekordów, Kusociński podczas międzynarodowego meczu lekkoatletycznego przeciwko Czechosłowacji poprawił swój wynik. Do mety dobiegł przed Romanem Sawarynem z Pogonii Lwów i Rudolfem Taubelem z czasem 15:34.0. Polska wygrała spotkanie jednym punktem! To nie był koniec. Kusociński w 1928 roku pobił rekord kraju raz jeszcze, w Wilnie. Do mety dobiegł z czasem 15.17.8. Takie osiągnięcie nie mogło przejść bez echa. Po raz pierwszy trafił na czoło Przeglądu Sportowego. O objawieniu reprezentanta Warszawianki pisano: „Grono naszych mistrzów powiększyło się o młody, lecz już obecnie światowej miary talent Kusocińskiego”. Szybko Janusza Kusocińskiego zaczęto przyrównywać do Alfreda Freyera, wielokrotnego mistrza Polski, który rok wcześniej zginął tragicznie w pożarze. Żałowano, że obu panom nigdy nie będzie dane zmierzyć się na bieżni. „Ja zawsze przed panem” Miesiąc przed tym jak Kusociński triumfował w Wilnie, do Polski na stałe przyjechał Stanisław Petkiewicz. Znany na arenie międzynarodowej długodystansowiec, który na Igrzyskach w Amsterdamie wywalczył dla Łotwy siódme miejsce w biegu na 5000 metrów, na zaproszenie PZLA przeniósł się na stałe z Rygi do Warszawy. Odtąd miał reprezentować Polskę. Z pochodzenia był Polakiem. Odtąd też stał się klubowym kolegą Kusocińskiego i jego śmiertelnym wrogiem. „Jeśli ktoś chce mówić o Kusocińskim, nie wolno mu zapomnieć o rywalizacji tego wielkiego biegacza z Petkiewiczem, o tej rywalizacji, która podniecała „Kusego” do coraz większych wysiłków i poświęceń, a równocześnie wzbudzała uczucia po prostu patologicznie wrogie” – wspomina po latach Wojciech Trojanowski, dziennikarz sportowy. Skąd wzięła się ta osobista niechęć? Może z tego, że już podczas pierwszego starcia obu biegaczy Petkiewicz zamiast przegrać z honorem, czując, że nie wygra z Kusocińskim, zszedł z trasy 100 metrów przed metą? Sam Kusociński w książce „Od palanta do Olimpjady i klika lat później…” jako pierwszy afront brzemienny w skutkach dla polskiego sportu odczytał sytuację z biegu na 3000 metrów, który odbył się w październiku 1928 roku na stadionie Orła, na warszawskim Grochowie. Przyszły mistrz olimpijski, który zmęczony już był sezonem i do biegu niezbyt dobrze przygotowany – odbywał służbę wojskową – miał zaproponować Petkiewiczowi, żeby pobiegli nie forsując tempa. Petkiewicz wyniośle odmówił koledze i od początku biegu narzucił mordercze tempo. „Kusy” wcale nie zamierzał dać za wygraną i co rusz wychodził na prowadzenie. Ostatecznie wygrał „Petek”. „Teraz już ani on, ani ja nie ukrywaliśmy wzajemnej niechęci” – wspominał potem Kusociński. Rywalizacja z bieżni, która miała zbawienny wpływ na polskie bieganie długodystansowe przeniosła się również na życie towarzyskie. Kusociński unikał raczej konfrontacji poza bieżnią, natomiast Petkiewicz do niej dążył. Wchodził na przykład do kina na ten sam seans, siadał przed rywalem i mówił: „Ja zawsze przed panem”. Takie zachowania doprowadzały Kusocińskiego do białej gorączki i motywowały do jeszcze cięższej pracy. Rok 1929 należał zdecydowanie do Petkiewicza. „Styl wprost idealny, przypominający Nurmiego i Ritolę”. „Umięśnienie wspaniałe. Typowe nogi długodystansowca o świetnie wyrobionych łydkach. Długie, elastyczne ścięgna, wąska, wypukła klatka piersiowa, serce niezmordowane o

Janusz Kusociński – polski Nurmi

BiegamBoLubię 2017, czyli kolejny rok pod patronatem PZLA

  Z przyjemnością informujemy,że akcja BiegamBoLubię po raz kolejny została objęta patronatem honorowym Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Oficjalny sezon akcji ruszy 1 kwietnia 2017 roku w ponad 80 lokalizacjach w całej Polsce. Dołącz do Nas ! Może zainteresuje Ciebie jeszcze to: Janusz Kusociński – polski Nurmi bbl bez kontuzji: Podstępny Achilles Czy mrożonki są bezwartościowe ? Czy warto startować zimą?

BiegamBoLubię 2017, czyli kolejny rok pod patronatem PZLA

bbl bez kontuzji: Podstępny Achilles

Dzięki bieganiu jesteśmy zdrowsi, nie stoimy w kolejkach do lekarzy, nie bierzemy tabletek na nadciśnienie, cholesterol, poprawiają się nam parametry układu krążenia, metabolizm. Długo można by wymieniać, co zyskaliśmy dzięki tej najprostszej formie ruchu. Jednak nawet najzdrowiej się odżywiającym zdarzy się zatrucie pokarmowe, tak nawet najbardziej uważnym biegaczom może przytrafić się kontuzja. Jako pierwsze pod lupą wyląduje ścięgno Achillesa. Ból pięty, pojawiający się i znikający. Przypomina o sobie rano, kiedy stawiamy pierwsze kroki charakteryzując się sztywnością, która mija, gdy się rozgrzejemy. Podobnie jest podczas biegania, pieczenie przestaje dokuczać, po kilkunastu minutach i przecież „da się biegać”. Często dolegliwość staje się przewlekła, ból coraz bardziej długotrwały i z powodu zdawać by się mogło błahego urazu pauzujemy przez długi czas. W skrajnych przypadkach można wylądować nawet na stole operacyjnym.   Jak dochodzi do urazu Achillesa? W przypadku amatorów biegania zerwanie ścięgna na przebieżce jest niemal niemożliwe, bowiem ścięgno piętowe jest najsilniejsze w naszym ciele i potrafi znieść przeciążenia znacznie przekraczające pół tony! Jednak tego typu urazy wśród wyczynowych skoczków i biegaczy czasem się zdarzają, bowiem mikrourazy powodowane przez nieustanne obciążenia drążą skałę niczym kropla. Amatorów takie przeciążenia dotykają w mniejszym stopniu i na ogół mamy do czynienia ze spięciem wywołującym ból ścięgna. – Z mojego doświadczenia wynika, że zdecydowana większość biegaczy uskarżająca się na ból Achillesa ma pospinane mięśnie z grupy kulszowo-goleniowej (red. mięsień półścięgnisty, półbłoniasty, dwugłowy uda). Problem rzutujący na ścięgno ma również często źródło w spiętych mięśniach łydki; brzuchatym i znajdującym się głębiej płaszczkowatym, oba przyczepiają się do guza piętowego. Praca manualna na tych mięśniach, rozluźnienie ich skutkuje odciążeniem Achillesa i likwidacją przyczyny bólu. Rzadziej występującą przyczyną bólu ścięgna piętowego jest problem z rozcięgnem podeszwowym – tłumaczy fizjoterapeutka i jedna z najlepszych polskich ultra maratonek, Aleksandra Niwińska. Fot 1. Mięśnie uda Fot 2. Mięśnie podudzia Szybka interwencja i nie ignorowanie bólu oszczędzi poważniejszej kontuzji. Kiedy jednak problem staje się długotrwały może dojść do zapalenia. Wówczas Achilles boli dotykowo, boli wówczas, gdy zaczynamy go rozciągać. – W takim przypadku natychmiast należy przerwać bieganie – radzi rekordzistka Polski w biegu 12-godzinnym. – Rozciąganie nie powinno nas boleć. Na trasy biegowe będziemy mogli wrócić, dopiero wówczas, kiedy przy rozciąganiu nie będziemy odczuwać bolesności. W przeciwnym razie włókna kolagenowe nie będą w stanie w pełni się zagoić, co przysporzy nam poważniejszych problemów.   Czarny scenariusz W tym momencie dochodzimy do miejsca, w którym nie powinien się znaleźć żaden biegacz amator, a najlepiej w ogóle żaden sportowiec. Przewlekłe urazy skutkują zmianami zwyrodnieniowymi i pojawiającymi się w strukturach ścięgna tzw. osteofitów, czyli zwapnień, które są skutkiem ubocznym procesu gojenia. Uelastycznienie takich zrostów jest bardzo czasochłonne i bolesne. Niewielkie można rozbić zabiegami z fizykoterapii takimi jak ultradźwięki oraz fal uderzeniowa, jednak, jeśli to nie pomoże, ból będzie naszym codziennym towarzyszem. Stopa przebywająca w bucie przez dłuższy czas zaczyna „palić” żywym ogniem. Bieganie to nieustanna tortura, a najgorzej jest, gdy noga ostygnie i znów zesztywnieje. Utykanie staje się rzeczywistością – Achillesa należy oczyścić ze zwapnień chirurgicznie. Zabieg nie jest skomplikowany, jednak ze starego ścięgna, nie da się zrobić idealnie nowego a dodatkowo czeka nas dość długa i systematyczna rehabilitacja. Odgońmy jednak te czarne chmury. Kiedy pojawią się pierwsze symptomy tej podstępnej kontuzji, z którą da się biegać, wiecie już jak powinniście postępować. Są proste metody, które minimalizują ryzyko wystąpienia nawet pierwszych, niegroźnych bolesności. Najprostszą z nich jest dokładne rozciąganie. Na ogół, kiedy rozciągamy łydkę, ciągnie nas wyłącznie mięsień brzuchaty. Aby w pełni rozciągnąć podudzie należy także wykonać ćwiczenie na ugiętym kolanie. Wówczas wyłączamy mięsień brzuchaty a ciągnie nas głębiej usytuowany płaszczkowaty. Podobnie sprawa ma się w przypadku mięśni znajdujących się z tyłu uda. Standardowo wykonujemy skłon z wyprostowanym kolanem rozciągając całą grupę mięśni kulszowo-goleniowych, jednak, jeśli będziemy rotować stopę do wewnątrz a prosta, wyciągnięta noga przetnie nam dodatkowo oś ciała, (czyli nogę prawą przesuniemy w lewo, kierując dodatkowo stopę do środka), zmienimy układ rozciągania i skupimy się wyłącznie na mięśniu dwugłowym uda. To bardzo ważne, aby równomiernie rozciągać wszystkie partie, dzięki temu mamy większe szanse na uniknięcie niechcianego spięcia. Dodatkowo możemy także rolować przy użyciu specjalnego wałka, twardej piłki lub szklanej butelki stopę oraz łydkę. 2-3 minuty systematycznego rolowania również potrafi likwidować niewielkie napięcia. Nic nie działa tak dobrze, jak palce fizjoterapeuty, jednak gdy się do niego wybieramy, lepiej, aby była to wizyta profilaktyczna. Warto poświęcać odrobinę czasu na odnowę biologiczną, monitorować swój organizm i reagować na bieżąco, niż potem walczyć z tą uporczywą kontuzją miesiącami. Autor: Maciej Żukiewicz – trener BiegamBoLubię Ożarów Mazowiecki Może zainteresuje Ciebie jeszcze to: Janusz Kusociński – polski Nurmi BiegamBoLubię 2017, czyli kolejny rok pod patronat... Czy mrożonki są bezwartościowe ? Czy warto startować zimą?

bbl bez kontuzji: Podstępny Achilles

Informacje

Garmin® fēnix® 5

Garmin® fēnix® 5 – multisportowe zegarki GPS  dla sportowców i poszukiwaczy przygód Firma Garmin wprowadza do swojej oferty multisportowych, outdoorowych zegarków GPS nowe modele z serii fēnix: fēnix 5S, 5 i 5X. Modele te różnią się między sobą głównie wzornictwem, a przede wszystkim rozmiarem. Najmniejszy i najlżejszy jest fēnix 5S. Stworzony został dla osób o drobnych nadgarstkach, ma kopertę o średnicy 42 mm. Kompaktowy fēnix 5 wyposażono w kopertę 47 mm, natomiast model fēnix 5X w kopertę 51 mm, to tyle samo co fēnix 3. Dodatkowo fēnix 5X posiada fabrycznie wgrane, routowalne mapy. Wszystkie modele fēnix 5 wyposażono w pojemniejszą baterię, całodobowe monitorowanie aktywności1, technologię nadgarstkowego pomiaru tętna Garmin Elevate™. Połączyć je można ze smartfonem, korzystać z szeregu funkcji online i odbierać inteligentne powiadomienia2. Dzięki nowemu, zatrzaskowemu systemowi QuickFit™, użytkownicy mogą łatwo zmieniać paski zegarków – od stylowych, metalowych bransolet, przez eleganckie skórzane paski, aż do sportowych, silikonowych. Wymiana nie wymaga użycia żadnych narzędzi. W nowej kolekcji fēnix 5 każdy sportowiec odnajdzie swój styl. „Dzięki latom doświadczeń w świecie zegarków sportowych wiemy, że sportowcy i podróżnicy nie są identyczni. Mają różne potrzeby, jeśli chodzi o funkcjonalność, ale też wielkość i wagę urządzeń wearable.” – mówi Jakub Szałamacha, Marketing Manager, Garmin Polska – „Po raz pierwszy Garmin oferuje różne wielkości w ramach jednej linii produktowej. Dzięki temu nie trzeba wybierać między zegarkiem, który ma właściwe funkcje, a zegarkiem, który pasuje na nadgarstek.” fēnix 5S – lekki i smukły Najmniejszy z nowej serii, fēnix 5S, charakteryzuje się lekkim, estetycznym designem. Mierząca 42 mm średnicy koperta zapewnia wygodę na drobnych nadgarstkach, bez ograniczania treningowych i multisportowych możliwości urządzenia. Stylowy i funkcjonalny fēnix 5S dostępny jest w trzech kolorach – srebrnym, szampańskim i czarnym, z szerokim wyborem pasków QuickFit. Dostępnych jest wiele dodatkowych, wymiennych pasków dla wszystkich modeli fēnix 5 (sprzedawane osobno). Dzięki temu z łatwością można dopasować styl zegarka do potrzeby chwili – niezależnie, czy wybierasz się na trening, czy na biznesowe spotkanie. fēnix 5 – kompaktowy Zegarek fēnix 5 wyposażony został w 47 mm kopertę o nowym, sportowym wyglądzie. Wszystkie zegarki fēnix 5 posiadają nowy zestaw funkcji treningowych, łatwo dostępnych poprzez nowy widget postępów. Dla ambitnych sportowców uprawiających wiele dyscyplin przygotowano zestaw Performer, wyposażony w pas do pomiaru tętna HRM-Tri, który pozwala monitorować zaawansowane parametry dynamiki biegu oraz tętno podczas pływania. fēnix 5X – z wbudowanymi mapami Wyposażony fabrycznie w routowalne mapy topograficzne Europy, fēnix 5X zamknięty został w ultrawytrzymałej, mierzącej 51 mm stalowej obudowie. Każdy z zegarków fēnix 5 posiada wykonaną ze stali nierdzewnej, wytrzymałą ramkę EXO™, tylną część obudowy z kutej stali oraz wodoszczelność do 100 metrów3. fēnix 5X oferuje pełen zestaw funkcji treningowych i multisportowych, a także innowacyjne funkcje związane z mapą i nawigacją. Zaawansowane funkcje treningowe i monitorowanie dziennej aktywności Wszystkie nowe modele fēnix 5 posiadają fabrycznie wgrane funkcje dla wielu dyscyplin sportu – biegania, kolarstwa, pływania, narciarstwa i wielu innych. Oprócz szerokiego wyboru profili sportowych pozwalają całodobowo śledzić aktywność, mogą zatem służyć zarówno jako codzienny zegarek, jak i solidne narzędzie treningowe. Wbudowane narzędzia nawigacyjne obejmują wysokościomierz barometryczny, trzyosiowy kompas i żyroskop. Wszystkie modele fēnix 5 obsługują Strava™ Live Segments. Nowy widget postępów sprawia, że najważniejsze statystyki treningowe są łatwo dostępne na ekranie zegarka. Nowe funkcje treningowe obejmują Status treningu, Obciążenie treningowe oraz Training Effect 2.0, czyli poziom intensywności ćwiczeń. Nowy, w pełni zintegrowany, nadgarstkowy czujnik tętna Garmin Elevate dostarcza całodobowo informacje o tętnie, bez potrzeby zakładania paska na klatkę piersiową. Funkcjonalność smartwatcha Oprócz funkcji treningowych, fēnix 5, 5S and 5X posiadają także rozbudowane funkcjonalności smartwatcha. Po sparowaniu ze zgodnym smartfonem, można odczytywać inteligentne powiadomienia o połączeniach, wiadomościach e-mail czy smsach na ekranie zegarka. Wszystkie modele fēnix 5 są kompatybilne z Connect IQ, można zatem personalizować zegarek za pomocą dodatkowych aplikacji, widgetów, pól danych i tarcz. Linia fēnix 5 jest także kompatybilna z aplikacją Garmin Face-It, na tarczy zegarka ustawić można swoje ulubione zdjęcie z telefonu. Zegarki fēnix 5, 5S oraz 5X będą dostępne pod koniec pierwszego kwartału 2017. Może zainteresuje Ciebie jeszcze to: Vivoactive HR – strażnik codziennej aktywności Śmierdząca odzież sportowca – jak sobie radzić ... Test butów Kalenji KIPRACE TRAIL 3 Model zaprojektowany z myślą o dzieciach – O...

Garmin® fēnix® 5

Vivoactive HR – strażnik codziennej aktywności

Rynek zaskakuje nas coraz to nowymi urządzeniami, które za cel główny stawiają sobie motywację ludzi – stworzeń leniwych do aktywności fizycznej. Dietetycy alarmują, że nadwaga atakuje z każdej strony i mają na to niezbite dowody w postaci badań, które krzyczą do nas: Polaku weź się do roboty, bo będziesz grubasem! Niestety bardzo często nie przekona nas dietetyk, nie przekonają nas badania, nie przekona nas trener, ale może przekonać nas mały gadżet na ręce. Mały, dyskretny, elegancki… Zawsze jest z nami, zawsze przyłapuje nas na grzeszkach i bije na alarm, kiedy mamy ochotę grzeszyć dalej. Ten mały, ale bardzo konsekwentny strażnik to Vivoactive HR wyprodukowany przez markę Garmin. Jest bardzo sprytnym urządzeniem, które za cel główny stawia sobie monitorowanie i kontrolę aktywności fizycznej. Ma jednak też mnóstwo innych, mniej sportowych funkcji, które zachęcają do noszenia go na ręce w każdym momencie dnia. Dzięki temu podgląda nas na bieżąco, przez 24 godziny na dobę i potrafi powiedzieć o nas dużo więcej, niż sami wiemy na swój temat. Czasem ta wiedza może nas zaskoczyć, czasem może uświadomić pewne fakty, a czasem zwyczajnie zawstydzić. Vivoactive HR jest elegancki. Przypomina modny zegarek w sportowym stylu. Ma antystatyczny ekran. Jest delikatniejszy w swym designie i zdecydowanie mniejszy niż zegarki treningowe, ale mimo to nie odstaje od nich zbytnio funkcjami, jeśli oczywiście patrzymy na sport rekreacyjnie. Jedną z jego podstawowych funkcji jest pomiar tętna. Ogromnym bonusem tego modelu jest czujnik tętna wbudowany w zegarek. Dzięki temu pomiar ściągany jest bezpośrednio z nadgarstka. Nie potrzebujemy ubierać się w specjalne pasy na korpus, których wygoda jest dyskusyjna. Wystarczy mieć zegarek na ręce i mamy pełną kontrolę tętna na bieżąco. To bardzo wygodne podczas snu. Jeśli mamy ochotę monitorować jakość snu, obserwować jak wygląda nasz ruch, kiedy śpimy, jak przebiegają jego wszystkie fazy wystarczy położyć się spać z zegarkiem na nadgarstku i rano przeanalizować wyniki. Poza standardem takim jak liczenie spalonych kalorii, ilość przebytych kroków, tempo i czas aktywności zegarek ma również funkcję typowo sportowe dla takich dyscyplin jak min. Bieganie, jazda na rowerze, pływanie czy golf. W golfa co prawda nie grywam, więc tej funkcji nie testowałam. Przyłożyłam się jednak do biegania, chodzenia i pływania. Testując funkcję biegania, w celach porównawczych, korzystałam jednocześnie z Garmina 235 dedykowanego biegaczom. GPS obu zegarków pokazał takie same wartości, jeśli chodzi o przebyty dystans, spaliłam porównywalną liczbę kalorii. Inna wartość wyszła w przypadku kroków. Według Vivo zrobiłam ich dużo więcej niż wg Garmina 235 – różnice zauważyłam tylko podczas treningu. Vivoactive HR świetnie sprawdzi się przy bieganiu rekreacyjnym, jeśli jednak chcemy ustawić za jego pomocą skomplikowany, złożony trening, to może sobie z nim nie poradzić. Ogromną zaletą tego małego strażnika jest jego „umiejętność pływania”. Urządzenie świetnie sprawdza się w wodzie. Jest wygodne, czytelne, dobrze pracuje pod wodą. Ma jednak pewną wadę. Jeśli dobrze zrozumiałam ma tylko 2 ustawienia długości basenu: 25 i 50 m. Początkowo miałam ustawioną długość 50 m, a mój basen ma 25m. Wyniki były bardzo …hmmm… optymistyczne. Pływałam na poziomie olimpijskim. Kiedy odkryłam, że jeszcze istnieje dystans 25 m to już nie było tak optymistycznie. Jeśli komuś zależy na prawidłowym pomiarze to warto zwrócić uwagę na ten parametr. Kłopotliwe było też dokonanie pomiaru w małym basenie. Chciałam sprawdzić, ile metrów przepływam podczas zabawy z dzieckiem na basenie dziecięcym. Basen ma długość około 10 m. Pływamy zazwyczaj od prawej do lewej i  z powrotem, czasem po owalu. Pomiar wyszedł nam… dziwny. Wniosek… urządzenie daje rzeczywisty pomiar podczas pływania na odcinkach 25 lub 50 m, w innych sytuacjach wariuje. Tak jak pisałam wcześniej, Vivo ma szereg funkcji, które ja zaliczyłabym do sekcji „Inne”, ale wygodne i przydatne. Vivoactive HR automatycznie łączy się z platformą Garmin Connect. Wystarczy jednorazowo sparować swój telefon, konto Garmin Connect i zegarek. Dzięki tej opcji wszystkie pomiary wysyłane są automatycznie do aplikacji i w każdej chwili możesz przejrzeć je na swoim smartfonie w bardzo przystępnej, przejrzystej i wygodnej formie. Platforma Garmin Connect daje ogromne możliwości. Oprócz szerokiej gamy ustawień indywidualnych tworzy także wirtualną społeczność aktywnych osób. Możliwość podglądania aktywności znajomych, wirtualnych przyjaciół, udziału w rywalizacjach daje dodatkową motywację. Kolejnym fajnym dodatkiem jest możliwość odczytywania powiadomień np. z mediów społecznościowych. Na tarczy urządzenia widzimy treści z Facebooka bez potrzeby wyciągania telefonu. Na co warto zwrócić uwagę jeszcze? Przy pierwszym użyciu pamiętaj o personalizacji urządzenia, ustaw indywidualne parametry takie jak wzrost, waga, płeć i wiek, bo tylko wtedy pomiary będą rzetelne. Sparuj swój telefon z zegarkiem. Sama często miewam problemy z parowaniem urządzeń, więc jeśli Ci się nie uda za pierwszym razem, nie denerwuj się tylko zrób to po raz kolejny, uwierz mi … kiedyś się uda 🙂 Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego parowanie nie wychodzi mi zazwyczaj za pierwszym razem, mimo że korzystam z różnych modeli Garmina. Poznaj platformę Garmin Connect i korzystaj z dodatków, które przygotował dla Ciebie Garmin. Znajdziesz tam szeroki wybór dodatków, które dadzą Ci dodatkową frajdę. Żyj aktywnie! Autor: Ilona Brusiło – trenerka akcji BiegamBoLubię Warszawa Link do strony producenta: https://buy.garmin.com/pl-PL/PL/prod538374.html Może zainteresuje Ciebie jeszcze to: Garmin® fēnix® 5 Śmierdząca odzież sportowca – jak sobie radzić ... Test butów Kalenji KIPRACE TRAIL 3 Model zaprojektowany z myślą o dzieciach – O...

Vivoactive HR – strażnik codziennej aktywności

Śmierdząca odzież sportowca – jak sobie radzić – SHOES-TE

Czy macie w swojej sportowej szafie buty, akcesoria lub koszulki, które śmierdzą pomimo intensywnego prania? Nie musicie nawet na to odpowiadać. Wiem, że tak. Temat jest wstydliwy i trudno się do tego przyznawać, chociaż wcale nie musicie mieć problemów z nadmierną potliwością i brzydkim zapachem potu. To wszystko wina bakterii i grzybów. Problem dotyczy praktycznie każdego sportu. Smród zagnieżdża się i drażni nozdrza, wydostając się z butów, syntetycznych koszulek, ochraniaczy do sztuk walki, kasków, nagolenników piłkarskich czy spodenek rowerowych … Poradzenie sobie z tym kłopotem czasami bywa niemożliwe. Nawet kilkukrotne pranie nie pomaga. Niby wszystko jest ok, ale zaraz po założeniu koszulki, czuć ją z odległości dwóch metrów. Podobnie z butami. Wyprane w pralce (chociaż nie wszystkie powinny być prane), dosuszone, ale … nadal śmierdzą. Bakterie i grzyby Za przykry zapach odpowiedzialne są grzyby i bakterie tworzące na skórze naturalną florę. Podczas treningów przenikają wraz z potem do odzieży i tam (w szczególności uwielbiają materiały syntetyczne) rozkładają łańcuchy tłuszczowe i białka. Skutkiem tego jest m.in. smród. Nie dzieje się to jednak od razu. Muszą być stworzone dla tego procesu odpowiednie warunki: wysoka wilgotność, temperatura i słaby dostęp powietrza. Nie dopuszczaj do smrodu W większości przypadków sami jesteśmy sobie winni. Buty treningowe zawinięte w worku, nierozpakowana torba treningowa … „kisi się” to wszystko, a bakterie zżerają pot i śmierdzą. Kiedy już raz doprowadzi się do takiego stanu, pozbycie się zapachu staje się niemożliwe. Zacznijmy zatem od podstaw. Najlepszym sposobem zapobiegania, jest natychmiastowe pranie i dokładne suszenie ubrań. Nie trzymaj chichów w torbie, ani butów w worku, natychmiast wyciągaj rozwieszaj w przewiewnych miejscach aby pozbyć się wilgoci. Buty, rękawice bokserskie czy ochraniacze piłkarskie muszą być bardzo dokładnie suszone. Jeśli tego nie będziecie robić, tragedia smrodowa gwarantowana. Czasami się nie da W wielu przypadkach, pomimo najszczerszych chęci, trudno uchronić się od zapaszku. Wystarczy trafić w górach na deszczową pogodę. Trenując i siedząc w schronisku, gdzie nie ma ogrzewania (podobnie pod namiotem), nie ma szans na dosuszenie ubrań. Wystarczy nawet kilkunastogodzinny powrót z zawodów. Ciuchy przemoknięte kiszą się w workach, a bakterie pracują. W takich sytuacjach trzeba pokornie spuścić głowę i przygotować się psychicznie na to, że będzie śmierdzieć. Zapaszek trzeba z cierpieniem znosić. Shoes-TE Kilka tygodni temu otrzymałem z prośbą o przetestowanie, karton preparatu Shoes-TE. Szczerze mówiąc od samego początku byłem nastawiony do tego wynalazku bardzo sceptycznie. Nie wiem dlaczego, ale od razu sklasyfikowałem go jako odświeżacz do butów. Nie popełnijcie takiego błędu. Shoes-TE to nie żadne pachnidło. To terminator biobójczy. Jego przeznaczenie to dezynfekcja butów. Jak podaje producent „skutecznie likwiduje grzyby bytujące w obuwiu oraz przykry zapach potu”. Po zapoznaniu się z instrukcją, doczytałem, że Shoes-TE nie powoduje podrażnień skóry, dlatego właśnie postanowiłem go aplikować również na urządzenia i sprzęt mający kontakt z ciałem. Aby podzielić się z Wami obserwacjami co do skuteczności preparatu, do testów wziąłem: 1. dwie pary trailowych butów (z których nie mogę ostatecznie pozbyć się zapachu po tym ja mi „zapleśniały”), 2. pas HR, który pomimo intensywnego prania i suszenia (niestety nie w suszarce bo odpadnie guma z czujnikami) intensywnie śmierdzi, 3. ochraniacze do sztuk walki (nie da się tego fizycznie zrobić), 4. szkolne buty dzieci (leżące w workach w szatni – bez odpowiedniego przewiewu). Największym zaskoczeniem było to, iż po dwóch dniach psikania mojego paska HR, udało mi się wyeliminować z niego smród praktycznie całkowicie. Problem nie został rozwiązany w 100%, ale różnica jest ogromna. Zakładając pas na pierś, w końcu oddycham swobodnie. Muszę naprawdę podsunąć sobie go pod nos, aby poczuć nieprzyjemny swąd. Podobnie ma się sytuacja z ochraniaczami. Zapachy są praktycznie niezauważalne. Również dzieci, po tygodniu aplikowania Shoes-TE do szkolnego obuwia, stwierdziły, że czuć wyraźną różnicę. Podsumowanie Pomimo wcześniejszych obiekcji wobec Shoes-TE jestem miło zaskoczony tym preparatem. Jego przeznaczenie można definiować w dwóch wymiarach: 1. Leczenie – czyli interwencję w już istniejący problem (niwelacja i powolny proces niszczenia przyczyn – zabijanie namnożonych grzybów i bakterii) 2. Prewencji – zapobieganie ich rozmnażania i rozwoju. Shoes-TE wspomaga dość skutecznie walkę z grzybami i bakteriami w obu sytuacjach. Tak więc po treningu lub długim biegi, przed wsadzeniem do torby, warto wilgotne rzeczy spryskać Shoes-TE i mieć pewność, że po otworzeniu torby zapach nie zwali nas z nóg. Jeśli natomiast macie w szafie brzydko pachnący sprzęt, i nosicie się z zamiarem wyrzucenia go, spróbujcie przetestować to nowe na rynku rozwiązanie. Warto wrzucić ten preparat do torby treningowej oraz zabierać na wszelkie wyjazdy. Na pewno się przyda. Shoes-TE nie jest zamiennikiem prania i dobrego suszenia, więc proszę nie pozostawiać ubrań w torbach treningowych. W szczególności dotyczy to facetów. Autor: Bartosz Konopka Strona producenta  TUTAJ Może zainteresuje Ciebie jeszcze to: Garmin® fēnix® 5 Vivoactive HR – strażnik codziennej aktywności Test butów Kalenji KIPRACE TRAIL 3 Model zaprojektowany z myślą o dzieciach – O...

Śmierdząca odzież sportowca – jak sobie radzić – SHOES-TE

PolecamyBoLubimy

Zapisz się do naszego newslettera aby być na bieżąco z najnowszymi informacjami.
Zapisz się
Top