Aktualności

TrenujemyBoLubimy 2017 – cz. 8

Gimnastyka siłowa Nie samym bieganiem człowiek żyje a ściślej rzecz ujmując biegacz. Powtarzając ciągle jedną czynność ciało zaczyna się przyzwyczajać i w efekcie stoimy w miejscu. Nasze mięśnie podczas biegania nieźle dostają w kość, żeby lepiej znosiły ten wysiłek, a co za tym idzie nie trapiły nas kontuzje warto zaznajomić się z podstawowymi ćwiczeniami siłowymi. Aby wykonać efektywny trening wcale nie trzeba odwiedzać siłowni z dużą ilością ciężarów, atlasów czy też gryfów. Wystarczy nam do tego własne ciało i odrobina motywacji, którą znajdziecie przychodząc na zajęcia stadionowe BiegamBoLubię. W grupie siła, dosłownie oraz w przenośni, zatem przejdźmy do siłowej rozpiski treningowej! Tradycyjnie na początek zacznijcie od truchtu, z krótką rozgrzewką ogólną, aby „na sucho” nie przystępować do ćwiczeń siłowych. Zaczniemy od mięśni brzucha. Trenerzy pokażą Wam kilka wariantów oraz dopasują ilość powtórzeń do waszych możliwości. Standardowo wykonuje się 4 serie każdego ćwiczenia. Klasyczne spinanie brzucha w leżeniu z ugiętymi kolanami działa na mięśnie proste zaś ze skrętem, kiedy łokieć wędruje do przeciwnego kolana na mięśnie skośne (ważniejsze przy bieganiu). Po wykonaniu 4 serii ćwiczeń na mięśnie proste oraz 4 serii na mięśnie skośne, możecie wykonać podpór przodem oraz podpór bokiem. Są to ćwiczenia działające na mięśnie głębokie, stabilizujące naszą sylwetkę. Trenerzy będą korygować waszą sylwetkę. Ważne, aby całe ciało było napięte i wyprostowane, aby nie załamywać bioder, ani nie krzywić pleców. W każdej z tych pozycji wytrzymujemy od 15 sekund do nawet 1 minuty. Wśród Was znajdą się tacy, którzy wytrzymają znacznie, znacznie dłużej, jednak na naszych zajęciach chodzi nam głównie o to, aby nauczyć was prawidłowej techniki. Po zestawie ćwiczeń na brzuch wybierzcie się na 3-5 minutowe wspólne truchtanie w ramach przerwy regeneracyjnej. Kolejną partią, za którą się zabierzemy będzie grzbiet. Jest on naturalnie silniejszy od brzucha, zatem ćwiczeń będzie relatywnie mniej. Pierwszym będzie tzw. superman. W leżeniu na brzuchu unosimy tułów rytmicznie w powietrzu prostujemy i uginamy w sposób naprzemienny raz jedną raz drugą rękę. W tym samym momencie nogi powinny być wyprostowane i pracować tak jakbyście chcieli płynąć stylem dowolnym. Cała sylwetka powinna przypominać latającego nad miastem Supermana :). Wykonajcie od 30 do 45 sekund takiej pracy w dwóch seriach przedzielonych krótkim wypoczynkiem. Później trenerzy zaserwują Wam dawkę standardowych wznosów tułowia (pamiętajcie, aby nie wykrzywiać kręgosłupa, trenerzy zwrócą na to uwagę). Na koniec czeka Was kolejny z cyklu podporów, tym razem podpór tyłem, który oprócz grzbietu angażuje także mięśnie dwugłowe oraz pośladki. Podobnie jak przy poprzednich podporach – dokładność ponad czas ich wykonywania. Po skończonym bloku ćwiczeń wybierzcie się na kolejną dawkę regeneracyjnego truchtu. Ostatnim etapem będą ćwiczenia siłowe na nogi. Wykonacie klasyczne przysiady, które rzadko są wykonywane poprawnie, a z pozoru to przecież łatwe ćwiczenie. Później czekają na Was przysiady ze stopami rozstawionymi na zewnątrz i kolanami możliwie jak najszerzej, które zaangażują zupełnie inne partie mięśniowe i sprawią, że kolejny poranek może przywitać Was mikrourazami potocznie zwanymi „zakwasami”, (choć błędnie). Na koniec czekają Was wspięcia na łydki, jednonóż lub obunóż oraz trucht regeneracyjny wieńczący trening. Niech biegowa moc będzie z Wami! Autor: Maciej Żukiewicz – trener bbl Ożarów Mazowiecki

TrenujemyBoLubimy 2017 – cz. 8

Wszędzie dobrze, ale w Hajnówce najlepiej!

Z cyklu miejsca do biegania- PolecamyBoLubimy ! Wszędzie dobrze, ale w Hajnówce najlepiej… Choćbyśmy byli na najwspanialszych wakacjach i spędzali czas tak jak sobie wymarzyliśmy, to i tak w ostatecznym rozrachunku tęsknimy za domem, w którym zgodnie z przysłowiem jest po prostu najlepiej. Podobnie jest z Półmaratonem Hajnowskim – to dom każdego biegacza. Tam się nie jedzie, tam żeby wystartować się wraca. Za nami XVII Półmaraton Hajnowski, impreza, w której przyszło mi startować już po raz trzeci. Za każdym razem, kiedy siadam do relacji po tym biegu, to mam problem, bowiem to wydarzenie jest tak wyjątkowe, że aż ręce się trzęsą, aby czegoś w tekście nie pominąć. Nad czym się tu tak zachwycać pewnie pomyślicie? Bieg na 21 km, malownicza trasa przez Puszczę Białowieską, kameralna impreza na około 300 osób, miło i sympatycznie… Napisać tak, to nie napisać nic. W tym biegu nie chodzi o sam wysiłek, w tym biegu chodzi o podejście, o ludzi, o niepowtarzalną i wymierającą w wielu miejscach Polski atmosferę. To coś niepodrabialnego unoszącego się w powietrzu, siedzącego w mchu i paprociach, to słowiańska dusza i gościnność, której nie zaznacie nigdzie indziej. Półmaraton Hajnowski nie jest imprezą organizowaną z chęci zysku, tutaj nic się nie opłaca, bo nie ma prawa się opłacać. Tutaj uśmiech i zadowolenie gości jest cenione bardziej niż szekle, dolary, euro czy złotówki. Zyski z imprezy są przeliczane na radość przyjezdnych, na wspólną zabawę. Przypomina to święto zorganizowane na cześć kogoś, kto po latach tułaczki wrócił wreszcie do domu i cała okolica raduje się (cieszy, to za małe słowo) niezmiernie. Jak to na wielkie wesele przystało najpierw jest sprawdzana lista gości. Każdy odbiera swój niezwykle bogaty pakiet, zasiada w amfiteatrze i czeka z niecierpliwością aż wszystko się zacznie. Pojawia się orkiestra jest występ lokalnego zespołu z Centrum Kultury, potem krótkie przemówienie i honorowy start w kierunku autokarów, które wiozą wszystkich w serce puszczy do Białowieży. Tam jest rzeczywisty początek biegu. Słońce przypieka, jak na maj można powiedzieć, że jest gorąco, lecz po chwili wybiega się już na drogę, którą las bierze w swoje objęcia a korony drzew dają sporo cienia. Trasa faluje i ma się wrażenie, że płynie się łódką, która podskakuje od czasu do czasu na marszczącej się wodzie. Widać to później na zegarku, ale grzech na niego patrzeć w trakcie wysiłku – lepiej podziwiać piękno prastarej puszczy pamiętającej rządy Piastów i Jagiellonów. Jest cicho i spokojnie – mało ludzi, na horyzoncie majaczą sylwetki, które co chwila nikną za niewielkimi wzniesieniami, słychać tylko własny oddech. Jest pięknie. Niestety kilometry szybko mijają i meta zbliża się z każdym krokiem. Tam każdy witany jest po królewsku, ogłaszany z imienia i nazwiska otrzymuje niepowtarzalny imienny medal, co roku jest on inny, niezwykle piękny o leśnej symbolice. I gdyby był to zwykły bieg – to były koniec relacji. Jednak to Hajnówka, dom biegacza. Zatem czas na zabawę. Dla wygłodniałych obiad w szkole oczywiście w ramach pakietu oraz prysznic w miejscowym parku wodnym. Później w amfiteatrze następuje uroczysta dekoracja oraz losowanie nagród. Od upominków po rowery! I tak zbliżamy się już do późnego popołudnia. Znów podjeżdżają autokary i zabierają całą biegową rodzinę w istną głuszę. Do białoruskiej granicy w prostej linii nie ma nawet kilometra. Wokół potężne drzewa a po środku polanka, zadaszone wiaty, rozpalone ognisko. Czas sięgnąć do kieszeni po kolejne kuponiki z pakietu startowego. Oczy się cieszą, ślinka cieknie, bowiem po biegowych trudach będzie można skosztować specjałów kuchni kresowej, usmażyć sobie kiełbaskę i zjeść dzika z rożna. Nie jest to przesadzony opis – to dalej obejmuje pakiet startowy. Na trawienie przysługują także chmielowe napitki a jak ktoś ma większe z tym problemy, to znajdą się także inne o właściwościach rozgrzewająco-rozweselających. Kiedy już wszystkie żołądki zostaną zaspokojone wszyscy ruszają do tańca. Zabawa trwa w najlepsze, po polsku, po słowiańsku, jak w Złotym Wieku. Po prostu najlepiej! Gdy puszczę ogarnia mrok autokary odwożą strudzonych gości do Białowieży oraz Hajnówki. Wszyscy się żegnają i obiecują, że za rok znów tu wrócą, bo przecież wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej… PS. Rankiem, gdy się człowiek zbudzi bardziej boli go gardło od śpiewania niż mięśnie od biegania a nieco słabszych zawodników może pobolewać także głowa, jednak i na to gospodarze mają lekarstwo. Zrelaksować można się (oczywiście w cenie pakietu 100 zł) w saunie oraz basenie miejscowego parku wodnego. Nic, tylko wrócić do domu za rok. Autor: Maciej Żukiewicz – trener bbl Ożarów Mazowiecki

Wszędzie dobrze, ale w Hajnówce najlepiej!

BiegamBoLubię: Trening szybkości

Trucht po lekkoatletycznych stadionach w całym kraju rozpoczynamy od Pomorza. W Lęborku zawiadują Aleksandra i Paweł Mazurowie. Razem z 17 uczestnikami cieszyli się m.in. piękną pogodą. – Dzisiaj dopisała nam idealna pogoda na trening szybkości. A więc lekki truchcik, porządna rozgrzewka z porcją gibkości i do dzieła. Na początek zrobiliśmy skip A + przyśpieszenia, skip C + przyśpieszenia i zabawę szybkością. Wolniej, szybciej i najszybciej. Następnie jeszcze kilka startów z wytrąceniem równowagi i sprawdzenie swoich możliwości na 60 m. Poszło nam wyśmienicie! Na koniec oczywiście solidne rozciąganie – poinformowali. W Zduńskiej Woli od dawna prym wiedzie Mariusz Mann. Zebrał ćwierć setki biegaczy i nie pozwolił im się nudzić. – Na początek rozgrzewka: 10 minut spokojnego truchtu plus ćwiczenia doskonalące: skipy, mobilizacja mięśni kulszowo-goleniowych, marsz sprinterski, krótkie przebieżki. W części głównej szlifowaliśmy szybkość. Były sprinty. Najpierw krótkie odcinki z wykorzystaniem ekspanderów, następnie 60-metrowe odcinki biegane na maksa. Później spokojny trucht na boso po trawie. Na koniec sporo ćwiczeń wzmacniających mięśnie stabilizujące oraz poprawiające mobilność kręgosłupa – podsumował fachowo. Bydgoszcz to z kolei domena Lucyny Ligaj- Stankiewicz i Bartka Kotłowskiego. Poprowadzili zajęcia dla 24 osób. – Przy pięknej aurze realizowaliśmy założenia treningowe. Po kilkunastominutowym truchcie porcja ćwiczeń ogólnorozwojowych, skipów i przebieżek. Następnie szybko biegane odcinki 60 metrowe, Piękne zajęcia przy super pogodzie i dopisujących humorach – zakończyli. I jeszcze Żagań i spotkanie Karola Cząstki i Piotra Kowalskiego z 15 uczestnikami. -Zgodnie z sugestią centrali przygotowanie do setki. Niestety nie było ciepła jakiego potrzebują sprinterzy, pogoda przeciętna 🙂 Wspólna rozgrzewka już była z elementami przygotowania do części głównej. Były podskoki, przeskoki dynamiczne rozciągania dwugłowych, sporo gimnastyki (uniknęliśmy kontuzji w części głównej). W części głównej nastawiliśmy się na zabawowe poprowadzenie przygotowania do sprintu. Były starty z przysiadu, z utraty równowagi, siadu prostego tyłem do kierunku biegu, z leżenia przodem z siadu skrzyżnego. Na koniec każdy przebiegł najpierw 60m na 80% a potem 100m prawie na maxa czyli 90%. Na koniec truchcik dla wyluzowania i rozciągnięcie mięśni dziś najbardziej pracujących – opisali wyczerpująco.

BiegamBoLubię: Trening szybkości

Informacje

„Mogłem biec do 100 km” – Tomasz Walerowicz

„Mogłem biec do 100 km” – rozmawiamy z Tomaszem Walerowiczem, zwycięzcą tegorocznej edycji Wings For Life World Run w Poznaniu. Jest amatorem, takim jak każdy z uczestników naszych treningów BiegamBoLubię. Biega po pracy. W Poznaniu dobiegł aż do 85. kilometra, przemierzając trasę Wings For Life ze średnią prędkością 3:47 min/km. Zapraszamy do lektury wywiadu z Tomaszem Walerowiczem. Patrząc na Twój sukces można było odnieść wrażenie, że nie wymagało to zbyt wielkiego wysiłku. Zatrzymałeś się, rozmawiałeś i stwierdziłeś, że dobiegłbyś do 100 km. Czy faktycznie tak dobrze się czułeś? Ostatnie kilometry biegłem już bardziej asekuracyjnie, zwolniłem do tempa „setkowego” czyli w granicach 3:55 min/km i nie ryzykowałem. Pierwszy raz pod względem mięśniowym nie czułem tego biegu. Przez własną głupotę miałem nieco problemów z żołądkiem. Wieczorem zjadłem placek po cygańsku i dojadłem jeszcze pierogi ruskie po synu, to było trochę zbyt dużo. Na biegu dużo się pije a do tego jeszcze sześć żeli. Poczułem się w pewnym momencie pełny. Przestałem jeść i pić i po około 4 kilometrach od ostatniego żelu, kryzys minął. Innych problemów już nie miałem. Mogłeś biec jeszcze dalej, gdyby samochód się nie pojawił? Szczerze, gdyby ktoś powiedział, że mam przebiec te ostatnie 15 km brakujące do 100 km to zrobiłbym to w godzinę, może godzinę i minutę. Czułem się naprawdę bardzo dobrze. Zauważyłem, że w tym momencie po prostu pod względem mięśniowym nie jestem w stanie biegać szybciej, nic mnie nie boli, mam niskie tętno, ale zwyczajnie nie mogę wejść na wyższe prędkości, mówiąc kolokwialnie szybciej przebierać nogami. Czy interesowała Cię światowa rywalizacja? Ten bieg to jest zabawa. To nie są mistrzostwa świata, choć wiele mediów tak to tytułuje. To po prostu globalny ranking nie mający nic wspólnego z mistrzostwami, gdzie zawodnicy biegną w takiej samej pogodzie, po takiej samej trasie na dystansie 100 km. Wtedy można się ścigać. Podobnie jak w poprzednim roku, trudno o jakieś wiarygodne informacje, bo pomiar jest niedokładny, wszystko się ciągle zmienia. Dowiedziałem się, który jestem dopiero od Adama Małysza w samochodzie. Czułeś, że wzniosłeś się na wyższy poziom wytrenowania? Pod względem oddechowym, sercowym, czułem się znacznie lepiej niż na 80. kilometrze biegu na 100 km podczas MŚ w Hiszpanii, gdzie byłem czwarty. Postanowiłem jednak wystartować na jesieni w górskiej setce, ponieważ chciałbym poprawić się mięśniowo. Widzę u siebie taki problem – mam za mało siły w mięśniach, aby „rozbujać” serce. Potrzebuję więcej mocy, aby zacząć biegać dłuższym krokiem. A jak czułeś się następnego dnia. Wstałeś i… trudno było postawić pierwszy krok, czy raczej mógłbyś wyjść na lekką przebieżkę? Czułem się rewelacyjnie. Do tej pory zawsze coś mnie po ultramaratonach bolało, a jak wysiadałem z auta to czułem się tak, jakby mnie ktoś kołem połamał. Teraz żadnych tego typu głębokich bólów nie doznałem. Po 3 dniach wybrałem się na krótką, 12-kilometrową przebieżkę regeneracyjną, nie patrzyłem na zegarek, potem okazało się, że średnie tempo wyniosło 4 min i 8 sek. To znaczy, że byłem na taki wysiłek gotowy i ciało świetnie to zniosło. Na ile Twoim zdaniem czasy osiągane w maratonie przekładają się na bieg rzędu 80-100 km? Patrząc na życiówki, nawet w Polsce nie byłeś najlepszym biegaczem, a Lemawork Ketema, który wygrał w Austrii z wynikiem 87 km ma „świeży” rekord życiowy o ponad 11 minut lepszy od Twojego (2:25). To ogromna różnica na takim poziomie, a jednak… Czyżby się zacierała? Jak mija 70. kilometr biegu to widać, że wiele ludzi się zmienia, że czas trwania wysiłku robi swoje i zaczynają przeważać kwestie psychiki. Jak ktoś spojrzy sobie na wyniki i przeanalizuje średnie tempo to wyjdzie mu np., że biegł tylko o 7-10 sekund wolniej ode mnie, jednak przebiec 65 a 85 km to jest duża różnica, nie pod względem prędkości, tylko ilości uderzeń, kroków oraz czasu trwania wysiłku. Ultra nie jest dla każdego maratończyka. Na papierze to wszystko wygląda ładnie, wolno – wystarczy biec, jednak trzeba się oswoić z towarzyszącym bólem, nauczyć się go ignorować, odganiać myśli kłębiące się w głowie. To wszystko przecież trwa bardzo długo i trzeba umieć się wyłączyć. Ja na przykład podczas takiego biegu staram się znaleźć rozwiązania dla problemów w pracy. Czym się odżywiałeś podczas biegu? Czy korzystałeś z naturalnego pokarmu, czy skupiłeś się wyłącznie na żelach? Podczas całego biegu zjadłem 6 żeli oraz dwie dawki magnezu. Po 60. kilometrze popijałem sobie od czasu do czasu red bulla. Chodziło o coś gazowanego, na problemy żołądkowe, kiedy mówiąc kolokwialnie mi się odbiło, wszystko przeszło. Potem już nic nie jadłem . Łyk wody, resztę wylewałem na nogi chłodząc mięśnie i tak dobiegłem do samego końca. Wings For Life to bieg dla amatorów, dla tych, co biegają bo lubią, a nie zarabiają na tym pieniądze. Jak ocenisz poziom minionej edycji? Widać, że co roku poziom jest wyższy, ale nie tylko, jeśli chodzi o pierwszych zawodników. Było bardzo dużo osób, które przekroczyło 50-60 km. Lepsza była także frekwencja zarówno globalna jak i u nas w Poznaniu – to bardzo cieszy. Czy to przełoży się na wyniki uzyskiwanie w biegach na 100 km? W latach 90-tych Polacy zdobywali w tej konkurencji medale MŚ i ME. Myślę, że ten bieg pozwoli odżyć setce, że osoby biegające maraton ma poziomie 2:35-2:25 pomyślą, a może spróbuje, nie wiedziałem, że są takie mistrzostwa. Ten bieg był zapomniany, a dzięki Wings For Life siłą rzeczy mówi się więcej o ultramaratonach i to przekłada się na ich coraz większą popularność. To taki poziom, że wielu zawodnikom wydaje się, że już nic w sporcie nie mogą zrobić, bo przecież maratonem niczego nie zwojują, a okazuje się, że na takich prędkościach można zdobyć 4.miejsce na mistrzostwach świata i zaczynają się zastanawiać, czy aby nie spróbować. Czy masz kontakt z Bartkiem Olszewskim? Chciałby dołączyć do kadry? Rozmawialiśmy jakiś czas temu. Myślę, że ma apetyt na setkę, bo czasem mnie o nią podpytuje. Byłoby fajnie, żeby kadra była coraz mocniejsza i w przyszłym roku można byłoby na mistrzostwach świata mocniej powalczyć. Z moich wyliczeń wynika, że powinno udać się zrobić czas w granicach 6 godzin i 25 minut. Wynik na mistrzostwo świata? W zeszłym roku Japończyk pokonał dystans 100 km w tempie,

„Mogłem biec do 100 km” – Tomasz Walerowicz

Test butów Reebok ZPrint 3D

  Obecnie jest to jeden z flagowych modeli marki. Do testowania zachęciła mnie przede wszystkim ciekawość. Reebok w ostatnim czasie mocno zmienił kierunek skupiając się w dużej części na crossficie i fitnessie, troszeczkę odchodząc od biegania (przynajmniej na naszym rynku), w związku z czym buty biegowe wyprodukowane przez nich, to była dla mnie wielka niewiadoma. Nie mając dostępu do żadnych zewnętrznych opinii i testów tego obuwia mogłem całkowicie wypracować własne zdanie na ich temat. Treningi w tym modelu rozpocząłem w grudniu. Nie umiem powiedzieć ile już zrobiłem w nich kilometrów ale minęło prawie 5 miesięcy biegania w różnej formie, włącznie ze startem w zawodach. Po tym czasie, mogę przede wszystkim napisać, że buty są solidnie wykonane, nie rozsypały się, cholewka nigdzie się nie przeciera, podeszwa ma się dobrze, a z amortyzacji jeszcze jestem zadowolony. Buty są bardzo lekkie. Mają specyfikę treningowo startową. Dosłownie prawie nie czuje się ich na nogach. Stopa swobodnie może oddychać – dla mnie są wystarczająco przewiewne. But dobrze się układa do stopy – nie są ani za szerokie, ani za wąskie, choć jest to subiektywna opinia. Niska waga buta wskazuje na to, że nie ma co liczyć na zaawansowane systemy amortyzacyjne w podeszwie. Amortyzacja opiera się przede wszystkim na zastosowaniu pianki o różnej gęstości i wysokości. Technologia 3d odnosi się do dopasowania podeszwy do naturalnych ruchów stopy. W związku z czym specjalne wypustki i większa ilości pianki znajdują się w miejscach, gdzie stopa ma największe obciążenia. But jest zbudowany dla osób przetaczających stopę w sposób neutralny. Mają mały drop, w związku z czym jak napisałem wcześniej blisko im do butów startowych. To wraz z większą ilością amortyzacji pod przednią częścią stopy i niską wagą, sprawia, że wymuszają biegania na śródstopiu. Jak podaje producent jest to but do szybkich, krótkich biegów po mieście i po parkowych alejkach. Zgadzam się z tym. Według mnie, nadają się głównie do biegów na dystansie do 10km. Mają dobrą przyczepność, nawet na mokrej nawierzchni. Sprawdziły się w biegu po utwardzonych leśnych ścieżkach. Jedynie brak wyraźnego bieżnika dawał o sobie znać przy biegach po śniegu, ale do tego ten but nie był stworzony 🙂 Teraz kilka zastrzeżeń. Ze względu na niską wagę i brak zaawansowanych systemów amortyzacyjnych, według mnie nie jest to but dla osób z dużą nadwagą. Predysponuje też osoby z dobrą techniką – biegające na śródstopiu lub na całej stopie. W momencie biegania „z pięty” mogą być niekomfortowe. Nie jest to też but do bardzo dużego kilometrażu w tygodniu. Sprawdzą się natomiast idealnie do treningów szybkościowych. Specyfika buta połączona z niską wagą pozwala osiągać naprawdę wysokie prędkości, a w dodatku nie czuje się ich na nogach. Myślę, że można je spokojnie traktować jako but startowy. Co prawda pomimo tego, że stopa przetacza się zgodnie z naturalnym ruchem, to dla mnie brakuje trochę większej sprężystości w przedniej części żeby jeszcze lepiej wykorzystać energię z szybkiego biegu, ale to już subiektywna ocena testującego. Podsumowując – patrząc na stosunek cena – jakość, to jest to ciekawy but, na który warto zwrócić uwagę. Ja jestem do tej pory bardzo pozytywnie zaskoczony z użytkowania. Autor: Michał Łasiński – trener BiegamBoLubię Warszawa

Test butów Reebok ZPrint 3D

King size, czyli bieganie w rozmiarze XXL

  Bieganie uznawane jest za najprostszą formę aktywności ruchowej. Prawdę mówiąc to jesteśmy stworzeni do biegania. Nasz aparat ruchowy jest do tego idealnie przystosowany. Co więcej, bieganie, a dokładniej dłuuuugie bieganie, mamy zapisane w genach. Nasi praprzodkowie nie podjeżdżali furą za miliony monet do hipermarketu załadowanego żywnością po brzegi. Zmuszeni byli o posiłek zaBIEGAĆ 🙂 Teraz jest inaczej. Żyjemy w czasach szumnie nazywanych dobrobytem. Umiemy uprawiać ziemię, a wszystko robią za nas maszyny. No właśnie i tu następuje przełom. Pracują maszyny, my jedynie je nadzorujemy. Nasza aktywność kończy się często na klikaniu w klawisze klawiatury. Bieganie nie jest dla nas warunkiem do przeżycia, a stało się warunkiem do zapobiegania wielu chorobom cywilizacyjnym takim jak nadwaga i otyłość.    I powoli zbliżamy się do sedna. Będzie o bieganiu i o kilogramach. Kilogramy zaczynają towarzyszyć nam na co dzień. Zaczyna się niewinnie. Najpierw wylewają się boczki, potem nieśmiało stajemy na wadze, a tam NADwaga. Podstępnie czai się na nas otyłość. Pierwsze symptomy lekceważymy, a kiedy okazuje się, że jest słabo to do tematu podchodzimy na twardo… IDĘ biegać! A tu ZONK! Nie wyjdziesz, bo nie masz w czym! Poginasz szybko do sportowego z zamiarem zakupu biegowego fatałaszka. Lecisz na złamanie karku, zanim stracisz motywację. Wchodzisz… WOW!… do wyboru do koloru. Jednolite, full kolor, w kropki, paski, kratki… termo, aero, jesuuuuu, ale tego jest! Niczym nornica przekopujesz się do końca wieszaczka, bo te większe zawsze na końcu. Masz! Niby jest XL, ale…. upst…. jakieś takie fit! E tam, nie te to inne – myślisz i kopiesz dalej. Po 20 minutach, lądujesz w przymierzalni z dwoma parami czarnych drelichów w dłoni. Przymierzasz… ale obciach! Zupełnie nie przypominasz biegaczek z obrazka. I tu mamy rozłam… jedni zostawią dresik w przymierzalni i pójdą na ciastko, a inni pokornie spakują go do torby i podejmą swoje biegowe próby. Po nocy, w samotności, żeby nikt nie widział.   Taka jest rzeczywistość. Zrobiłam badanie w kilku grupach dla kobiet. Zaangażowałam tam kilkaset osób. Zapytałam: “Dziewczyny, w czym biegacie? Gdzie kupujecie stroje do biegania? I ostatnie pytanie ile ważycie?” To ostatnie było bardzo problematyczne. Zaczęłam wyłapywać te dziewczyny prywatnie i pytać jak jest. Okazuje się, że grubo ponad 90% kobiet, z masą powyżej 80 kg, ma ogromny kłopot z zakupem odzieży do biegania. Często jest tak, że ubrania są na nie zbyt ciasne, źle dopasowane, wyglądają nieładnie, ograniczają ruch. Kiedy dziewczyny patrzą w lustro widzą “szynkę”, “baleron” często używały stwierdzenia “wyglądam jak parówa”. Swoją drogą nie rozumiem dlaczego te wszystkie określenia sprowadzały się do jedzenia. To jak wyglądały w stroju sportowym bardzo zniechęcało do tego, by nawet podjąć biegową próbę. Jeśli już udało się znaleźć coś zadowalającego to zazwyczaj w profesjonalnym sklepie. Niestety wtedy nie zadowalała już cena. W takiej sytuacji na ratunek przychodzą dyskonty z ofertą sezonową, gdzie można za grosze nabyć rozmiar XXXL z metką w rozmiarze L i jakoś tak lepiej dla oka się robi. Tyle, że … jakość! Jakość pozostawia wiele do życzenia. Nie do końca wierzyłam w to co słyszałam. Fakt, nigdy nie musiałam poruszać się w sferze BIG SIZE. Zrobiłam rekonesans w sklepach stacjonarnych. Kurcze, wszystko się zgadza. One mają rację. Oferta dużych rozmiarów jest zazwyczaj bardzo uboga, ograniczona, szara…. nudna! Czarno, czarno, wszędzie czarno, bo czarny wyszczupla… podobno. I potem biegają po nocy czarni biegacze NINJA, zazwyczaj po poboczach, za miastem, żeby ich nikt nie widział… nawet kierowcy rozpędzonych aut. Wśród sklepów stacjonarnych, bo tylko tymi się zajęłam, ofertą pozytywnie zaskoczył Decathlon, ze swoją flagową biegową marką Kalenji. Po pierwsze ma szeroką rozmiarówkę, co w przypadku osób z kilogramami jest ogromnym plusem. Ubiorą się tu panie do rozmiaru 48, więc tak naprawdę każdy znajdzie ubranie szyte na swoją miarę. Po drugie Kalenji wychodzi z nudnej czerni. Ma w ofercie delikatne pastelowe kolory. Nie są intensywne, zbyt zwracające na siebie uwagę. Kolor jest subtelny i ładny, ale nie krzykliwy. Producent dba też o to by odzież biegowa miała odblaski, co jest szalenie ważne dla nocnych biegaczy. Przy założeniu, że osoby o większych gabarytach często chowają swoje bieganie pod płaszczem nocy, krok w kierunku bezpieczeństwa jest mile widziany. Sklep oferuje linię odzieżową w przystępnej cenie, zachowując przy tym stosunkowo dobrą jakość. Bardzo zachęca ceną i konkuruje z dyskontami. W przypadku osób, które biegają z zamiarem schudnięcia cena jest kluczowa. Wychodzą oni z założenia, że stracą zbędne kilogramy i za moment będą zmieniać ubrania, więc inwestycja w drogi strój nie wchodzi w grę. Wolą zainwestować w lepsze obuwie, niż legginsy czy bluzę. To logiczne, bo nawet po schudnięciu długość stopy zostanie taka sama.   W temacie spraw bardzo przyziemnych Kalenji również daje radę. Odzież dobrze się pierze, nie farbuje. Szybko schnie. Nie zmienia swojego rozmiaru nawet po wielu praniach, nie płowieje. Trenując kilka razy w tygodniu i piorąc regularnie jeden komplet odzieży wystarczy w zupełności. Potem, mam nadzieję, że sięgasz już po mniejszy, bo i Ciebie jest mniej. W celu prezentacji odzieży Kalenji poprosiłam o pomoc Wandę. To jedna z tych osób, które podjęły wyzwanie i zamiast na ciastko poszły na trening. Kiedy przyszła na nasze pierwsze zajęcia BiegamBoLubię NOCĄ była biegaczem NINJA. Od stóp do głów w czerni. Teraz z dnia na dzień jest drobniejsza i silniejsza… w duchu, w głowie, no i w nogach. Promienieje blaskiem… Autor: Ilona Brusiło – trener BiegamBoLubię Warszawa, mamyruszamy.pl Fotografia: Ola Sulej – Dąbrowska  

King size, czyli bieganie w rozmiarze XXL

PolecamyBoLubimy

Zapisz się do naszego newslettera aby być na bieżąco z najnowszymi informacjami.
Zapisz się
Top